Chyba najtrudniej pisać o sobie. Ale postaram się coś przelać na "papier".
Mieszkam nad Bałtykiem i bardzo lubię... Kraków. Jestem po studiach, pracuję
(Deo gratias za pracę!) w szkole. Od szkoły średniej mam stały kontakt z młodzieżą,
choć obecnie głównie z tą młodszą (13-16 lat). Jestem po trzech stopniach Oazy,
także sama byłam animatorem, a cała bliższa i głębsza przygoda z Panem Bogiem
zaczęła się na początku lat dziewięćdziesiątych...
Po ośmioklasowej podstawówce zdałam egzaminy do LO i w pierwszym roku nic nie
wskazywało na to, że zacznę powoli wypływać na głębię swojej wiary, poszukiwać,
odnajdywać i kochać w taki sposób Kościół i drugiego człowieka. Wraz ze zmianą szkoły,
zmieniło się też i miejsce uczęszczania na religię (był to ostatni rok w salkach),
chyba już wtedy padały pierwsze ziarna na tę lepszą część gleby mojej duszy, choć nie
zapominam też o latach wcześniejszych.
Zaczęła się druga klasa. Wychowawczyni poszła na urlop zdrowotny,
a nauczycielem od niemieckiego, na jeden rok, został, kończący chyba jeszcze wówczas
studia, wymagający profesor. Wielu uczniów uczyło się tego języka przed ogólniakiem,
ale nikt się do tego nie przyznał w klasie pierwszej, tylko wychowawczynię dziwiło
dlaczego jednym tak łatwo idzie, a drudzy zostają w tyle. Był to już w zasadzie trzeci
rok poważnej choroby mojej mamy (nie miała renty). Tata już wtedy chyba był bezrobotny,
może kilka miesięcy później; byliśmy więc bez środków do życia. Próbowaliśmy z tatą jakoś
zarobić parę groszy- sprzedając na tzw. "Berlinku" kupione taniej na rynku różności.
Do tej pory niesamowicie szanuję tych wszystkich, którzy zimą stoją na różnego typu
ryneczkach w czterech parach spodni, swetrach, dwóch kurtkach itp.
Inaczej można zamarznąć.
Tak więc, mimo szczerych chęci, nawet w ciepłe jesienne, czy też później
wiosenno-letnie dni, nauka także przy okazji na dworze, przy słabym odżywianiu
nie była owocna. Zakończył się pierwszy semestr II klasy.
Pięciu osobom groził niedostateczny z niemieckiego (o ile pamiętam przynajmniej
trzy go otrzymały, a niektóre z nich potem skończyły... germanistykę, bo poziom nauki
był naprawdę wysoki). Pierwszy poważniejszy cios - ndst. na półrocze, a w podstawówce
świadectwa z czerwonym paskiem...
Wierzyłam jednak, że dam radę, będę się uczyć więcej, podołam.
W drugiej klasie religia był już w szkole i po raz pierwszy na rekolekcje
wielkopostne były trzy dni wolnego. Spotkania były głownie przed południem,
a później można było pobyć ze scholą bądź obejrzeć dobry religijny film obok w
"małym kościółku". Ja wybrałam to drugie. Chłonęłam wszystko jak gąbka,
bądź jak ziemia spragniona wody. To było to, co mnie umacniało,
dawało siłę, niosło ku... I chociaż wcześniej planowałam poświecić te dni
niemieckiemu, wykorzystałam ten czas dokładnie tak jak należało - nie rezygnując z
niczego co było mi ofiarowane.
Mijały dni, miesiące, choroba mamy się pogłębiała, nie było możliwości podjęcia leczenia.
Nieprzespane noce, w dzień szkoła, po szkole "Berlinek", pieniądze na wagę... chleba,
ciastka przynoszone do domu z jakiś spotkań, by podzielić się z domownikami,
ale i pomoc, która przychodziła z różnych stron - ktoś przyniósł znienacka jakieś
przetwory w słoikach, ktoś zatroszczył się o darmowe obiady w szkole. Wszystkim tym
ludziom jestem i będę zawsze wdzięczna i nigdy nie powiem, że człowiek do wszystkiego
dochodzi sam, to byłoby największe kłamstwo.
Niestety niemiecki nadal w plecy. Trzy ostatnie czytanki plus trzy
ostatnie opowiadania i na bieżąco ćwiczenia, zadania, to wciąż za dużo.
Gdy umiałam już czytankę, za dwie lekcje pojawiała się nowa; poprzednia, była już
przeszłością, a dochodziła nowa do dwóch pozostałych. Próby otrzymania oceny pozytywnej
spełzały na niczym, na szczęście nigdy nie próbowałam uciekać z lekcji,
choć czasami godzina była "wiecznością".
Zmieniła się moja modlitwa. Nadszedł czas kwitnienia kasztanów wraz z nabożeństwami
majowymi na które pojawiałam się codziennie w kościele. To nie była już tylko niedzielna
wiara z obowiązku, ale żyjąca i wciąż karmiąca się czymś więcej, niż dotychczas.
W czerwcu odkrywałam nabożeństwa czerwcowe, a w lipcu gdy z "Jarmarku Solnego" biegłam na
Mszę święta wieczorną usłyszałam: "Maj, czerwiec, lipiec, a ty nadal codziennie chodzisz
do kościoła!" Ale już wtedy wiedziałam intuicyjnie (?), że w Eucharystii jest moja siła.
Wcześniej jednak był ów czerwiec i ...niedostateczny na koniec roku. Dowiedziałam się,
że w sierpniu mogę zdawać poprawkę, której termin przypadł, jak się okazało, na drugi
dzień po radzie pedagogicznej (zapewne pierwszej) w ...czerwcu.
Przez cały rok chciałam robić wszystko dla Pana Boga. Podołać wszystkim problemom,
poprawić niemiecki, nauczyć się go, zdać.
Dzień przed poprawką moja modlitwa była już inna. Pamiętam jak klęcząc w ławce w kościele
mówiłam Panu Bogu, że oddaję Mu to wszystko - także jutrzejszy wynik egzaminu.
Miałam świadomość, że może zostanę w klasie na drugi rok, ale jeśli On tego chce,
bo takie są jego niezbadane i często dla nas niezrozumiałe plany, to ja Mu na to mówię:
tak. Pamiętam, że podjęłam to ryzyko wiary - zgody woli na to, co On chce na ten czas
uczynić i na to, w jaki sposób chce On tego dokonać, według Jego planów, a nie po mojemu.
Najpierw część pisemna - całoroczny test, dla drugiej grupy, który na lekcji niemieckiego
nawet piątkowicze napisali na ndst. (szóstki i jedynki weszły do szkoły dopiero za rok),
potem część ustna. Zdawało nas kilka osób z klas pierwszych, trzecich i ja jedyna z drugiej.
Pamiętam między innymi, że pisałam test dosyć długo, na pewno dłużej niż 45 minut,
a w części ustnej sam ówczesny dyrektor, który był w komisji, znienacka zapytał mnie,
po niemiecku, czy mam psa i czy jest to pies czy suczka (było to w chwili, gdy pozostali
członkowie komisji na chwile wyszli). Potem była przerwa. Po niej zaproszono nas
wszystkich do klasy i odczytano wyniki: XY - niedostateczny, YX - niedostateczny,
ZX - niedostateczny (...) Na końcu padło moje imię i nazwisko - dostateczny. Zdałam jako
jedyna.
W wakacje na świeżo oraną glebę wiary zaczęły padać ziarna wiedzy i to bardzo
teologicznej. Na owym "Jarmarku Solnym" jeden z chłopaków - wówczas około dziesięcioletni
razem ze swoim prawie dorosłym rodzeństwem sprzedawał pośród różnych dzieł także książki
teologiczne. W moje ręce wpadło stare Prawo Kanoniczne, Teologia Dogmatyczna i kilka innych.
Kiedyś, jak się domyślam korzystał z nich ich tata. To było to! Bardzo dobrze opracowane
fundamenty wiary trafiły na umysł matematyczny, który chłonął je nie sam, ale przy
pomocy duszy.
Wiele zdarzyło się jeszcze do matury. Trzecia, czwarta klasa, pierwsze rekolekcje
oazowe i pierwszy od szkoły podstawowej wyjazd poza rodzinne miasto (choć wcześniej
wyjazdy były czymś naturalnym); pierwszy pobyt w szpitalu mojej mamy i wiele, wiele
innych sytuacji, których opisanie zajęłoby kolejne strony. Kiedy decydowałam się
na studia, wiedziałam, że będzie to teologia. Zastanawiam się tylko gdzie? Na KUL-u
(w Lublinie mam rodzinę, ale w domu chorą mamę), czy na sposób zaoczny,
a w zasadzie w sposób wieczorowy, a więc o rok dłużej - 6 lat w pobliskim mieście,
wówczas wojewódzkim. Ale w jaki sposób Pan Bóg mógłby mi odpowiedzieć na to pytanie tak,
bym zrozumiała? Cechą charakterystyczną tych drugich studiów było to,
że zajęcia początkowo odbywały się tylko w wolne soboty. Ale przecież w Piśmie
świętym nie ma mowy o wolnych sobotach! Modliłam się, prosząc o Słowo i o jego zrozumienie.
Otworzyłam Pismo święte, była to akurat Księga Mądrości Syracha 38, 24:
Uczony w
Piśmie zdobywa mądrość w czasie wolnym od zajęć. Jak można na się łatwo domyśleć,
nie wyjechałam na KUL.
Pominęłam między innymi historię zakupu mojego pierwszego Pisma Świętego,
które nie było już pisane językiem "oni chcieli byli" i w którym były już wszystkie Księgi.
(Do tamtej pory dziwiłam się skąd są niektóre czytania na Mszy św., skoro nie ma ich w
Piśmie Świętym? Nie ma, ale w wydaniu protestanckim, które nie uznaje za kanoniczne 6
ksiąg, a które to wydanie znajdowało się w moim domu).
Nie wspomniałam też, o dalszych latach studiów, o początkach mojej pracy, o
spotkaniach z osobami za które się modliłam zanim je poznałam. Ale to wszystko było i
jest historią mojego życia, które toczy się dalej, jak długo - tylko Pan Bóg raczy wiedzieć,
może siedemdziesiąt, a może pięć lat, bądź pięć dni, minut... Wiec każdego i każdą z Was
zachęcam, by przeżyć swoje życie jak najlepiej. Nawet jeśli będą upadki, słabości, grzechy;
cierpienie, czy poczucie bezsensu, doświadczenie niezrozumienia, bądź krzywdy - z każdej
sytuacji jest wyjście, bo
nadzieja nasza pełna jest nieśmiertelności! (por. Mdr 3,4).
ABB